Losowa fotka:
Maruderzy
Strona główna arrow Maruderskie relacje arrow Maraton w Poznaniu- z pamiętnika Karela
Menu:
Strona główna
Aktualności
- - - - - - -
Manifest programowy
Maruderzy - sylwetki
Maruderskie relacje
Maruderska galeria
- - - - - - -
Forum
Stare forum (archiwum)
Linki
Szukaj
Napisz do nas
- - - - - - -
 

Maraton w Poznaniu- z pamiętnika Karela PDF Drukuj Email
Wpisał: Karel   
04.09.2007.
Ponowna relacja do pracy badawczej na temat "Studium końca wyścigu".
31.08.2007
Drogi pamiętniku. Nareszcie piątek- weekend w Poznaniu. Czas na wyrwanie się ze wsi do miasta. No a w perspektywie maraton. Pomny doświadczeń z zeszłego roku przed Murowaną Gośliną postanowiłem troszkę wypić na dwa dni przed startem, a nie w wieczór poprzedzający start. Wynik- 2x flaszka wódki 0,5 na 3 osoby, 1x Krwawa Marry, 3x 50 ml wódeczki w Starym Browarze. O własnych nogach po godzinie 2-giej wychodzimy całym towarzystwem z dyskoteki i wracamy do domu.
01.09.2007
Sobota- do południa zakupy.Nadciąga wieczór, a co można robić w wieczór w Poznaniu- albo oglądać Sopot Festival 2007 na TVN-ie albo iść w miasto. Wynik-3x piwko Żywiec, 2x 50 ml Tequili, kilka łyków drinków dziewczyn pod ich nieobecność, tortilla z kebabem i sosem czosnkowym po 2-giej w nocy.
02.09.2007
Dzień startu. Rano wstaje jako pierwszy- towarzystwo w chacie „lekko zważone” spożytym alkoholem. Po lekkim ochędożeniu roweru sam udaję się na start- na szczęście od kumpla na start na Malcie to 2,5 km. W sam raz na delikatną- ale to naprawdę delikatną rozgrzewkę. Ustawiam się jak zwykle na końcu- pstrykam kilka fotek na pamiątkę. Ponoć trasa ma być tak szybka, że nie będzie czasu się rozglądać. Jaaaasneeee ;-) Samopoczucie jak najbardziej- jest świetnie- dawno tak dobrze nie czułem się przed wyścigiem. Może to zasługa tej tequili i pomarańczy z cynamonem? Trzeba będzie kiedyś spróbować tak do bidonu ;-) Start z lekkim- 4 minutowym poślizgiem- stojący na szarym końcu jak ja mijają linię startu 2,5 minuty po pierwszych zawodnikach. Z powodu tłoku i wąskich ścieżek początek wyścigu jest wolny- znaczy się w sam raz dla mnie. Jedzie się świetnie- pierwsze 2,7 km, kiedy to pststststssssssssssswzzzrzrzrzrzrzrzrzrzzzzzzszszszszszsz……………… Laczek w tylnym kole- chyba jakiś znak, bo zatrzymałem się przy parkingu leśnym dla rowerzystów. Zmieniając dętkę mijają mnie zawodnicy- rodzice z dziećmi z dystansu Hobby i niedobitki. Po chwili nie ma już nikogo. Nie. Zaraz. Skłamałbym. Słyszę, że ktoś nadjeżdża. Tak- to quad zamykający stawkę wyścigu. Kierowca quada widząc moje szybkie tempo zmiany dętki wygasza silnik, zapala papierosa i zaczyna rozmawiać przez telefon- chyba z biurem zawodów śmiejąc się, że jakiś gościu złapał „panę”- dla niewtajemniczonych po poznańsku znaczy to gumę, kapcia, laczka. Po 13 minutach gotowe ( chyba będę musiał popracować nad techniką zmiany dętki)- plecaczek na plecy i jadę dalej- już po 300 metrach mijam pechowca- też zmienia dętkę. Zostaje on w tyle- na szczęście quad razem z nim. Po jakiś 5 kolejnych minutach doganiam koniec stawki- ale to wszystko rodzinki z dystansu Hobby lub ich wsparcie- w tej części wyścigu unosi się bardziej zapach Calvina Kleina aniżeli Ben Gaya ( a swoją drogą- kim był Ben Gay?- jakiś znany farmaceutyk? ). Za rozjazdem na Mega/Giga a Hobby na 15 km zaczyna się prawdziwy wyścig- bo to z mijanymi ludźmi przyjdzie mi się ścigać. Jak na razie spoko loko Lucy sponton- fajnie i przyjemnie się jedzie. Wyprzedzam ludzi nie będąc wyprzedzanym. Aż… kolejna usterka-zapiekł mi się jakiś cudem bębenek w tylnej piaście, i kiedy przestawałem pedałować łańcuch zaczynał się wlec po ziemi. Przymusowy postój i kolejne 15 minut. Kawałkiem gałęzi próbuję pokonać siły drzemiące w bębenku i w niezrozumiały dla mnie sposób wszystko zaczyna działać. Jadę swoim tempem i przerabiam deja vu- wyprzedzam tych, których już wyprzedzałem wcześniej, a minęli mnie podczas serwisu roweru. Wielkim zakolem droga zaczyna się kierować ponownie w kierunku Poznania. I zagadka wyjaśnia się, dlaczego tak przyjemnie się jechało wcześniej. Bo… było z wiatrem. Ten odcinek wyścigu prowadził w większości przez pola- wmordewind był tym bardziej dotkliwszy. 48 km- rozjazd na dystans Mega i Giga. Nawet nie zastanawiając się skręcam w prawo by po 300 metrach znaleźć się na znanej mi trasie. I znowu- świetnie i lekko się jedzie- bo z wiatrem. Tragedia kiedy pod wiatr. I tylko świadomość, że coraz bliżej mety dawała siły do mocniejszego depnięcia. Wjazd na metę- kiepsko oznakowany bo z rozpędu jadę zamiast w prawo to prosto o 100 metrów za daleko. Satysfakcja z ukończonego bez większych przygód czy urazów jest tak duża, że zaraz po minięciu linii mety przystępuję do wysokokalorycznego, meganiezdrowego, gorącego hot- doga z majonezem i ketchupem, po którym odbijać mi się będzie aż do Międzyrzecza. Podsumowanie maratonu
DIST 99,19 km, AVG 21,70 km/h, MAX 45,2 km/h. Pyszny hot-dog.
Do minusów zaliczam fakt, że jutro poniedziałek. Sprawdzam wyniki- olaboga- zdublowałem dwie osoby.
Przepraszam, przepraszam…
 
 
© 2010 Maruderzy Anti-Racing Team
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.