O wygranej w teletomboli i o zdołowaniu przez 17-letniego zawodnika.
22.09.2007r. Drogi pamiętniku- jest sobota wieczór. Torba z ciuchami zapakowana, rower po przeglądzie- i dobrze zrobiłem- w tylnej oponie dziura o średnicy 5 mm. I skąd ja wieczorem w sobotę w aglomeracji międzyrzeckiej znajdę nową oponę? Alternatywą jest zabranie opony z roweru żony, ale jestem na to zbyt leniwy. Ale 3 łatki wycięte ze starej dętki, przyklejone klejem cyjanoakrylowym zrobiło swoje- w ten sposób opona Continental Explorer dorobiła się nowego klocka- a nóż widelec się przyda? A w sumie nie napisałem o co chodzi. A jadę do Szczecina upodlić się po 3 tygodniowej , bezwzględnej abstynencji od roweru. Nie jadę sam- jedzie ze mną nuworysz Marek z Międzyrzecza. Gościu w podobnym wieku- poziom z deka lepszy ( przynajmniej osąd na podstawie wyników maratonu poznańskiego. Idę spać, ale już wiem co mi się będzie śnić- zgon na 50 km. Dobranoc......
23.09.2007r. Automapa prowadzi nas do Szczecina jak po sznurku. Marek podjarany- dotychczas zaliczył 2 wyścigi nizinne z przewyższeniami rzędu 300-500 m. Teraz miał posmakować namiastki wyścigu górskiego- na 68 km przewyższenie wynosić ma 1.500m więc nieźle- do tego błocko typowe dla lasów bukowych. Na miejscu rejestracja bezproblemowa- troszkę lansu w czapeczce "maruderskiej", potem już w koszuleczce i widoczne zainteresowanie zawodników- oczywiście logo "M" a nie moim super "wycieniowanym" 13 kg rowerem i moimi wyżyłowanymi, nieogolonymi łydkami. Piwo na stoisku kusi, ale nie chcę wyjść na "trunkowego" w oczach Marka, więc zostaje mi jedynie bukłaczek. Godzina 11:00 się zbliża więc czas się rozgrzać- znaczy się postać na słoneczku na linii startu. Jak zwykle prawie na samym końcu- tak w 7/8 stawki. Start odbył się niepostrzeżenia- ot po prostu ruszyli- zaraz za balonem START chwila nieuwagi i gleba... o nie- nie liczyć na mnie- jakiś 2 czy 3 zawodników zaczęło wyścig niefortunnie. Marek powziął decyzję, że nie wyrywa do przodu i towarzyszy mi- pewnie chce się załapać na fotki. No i ma szczęście- oprócz niego uwidaczniam zawodników z końca wyścigu- tradycyjne "studium końca wyścigu". Koło nosa przechodzi mi okazja pstryknięcia super fotki- ja chowam aparat a gościu gleba w zajefajnym, o konsystencji masła błocku- na moją prośbę nie puścił jednak replaya. Zdążyłem jednak pstryknąć jak się z tego próbuje wykaraskać. Gdzieś tam na którymś tam kilometrze dołącza do nas zawodnik- chłopak- Grzegorz zresztą- wygląda na 14 lat ale okazuje się, że ma 17 lat. Śmigał na jakimś wysłużonym makrokeszu i nieźle sobie radził. Przygarnięcie go było błędem. Nie, nie- nie spowalniał. Jedynie destrukcyjnie wpływał na morale moje i Marka. O ile na prostym odcinku jazda na jednym kole jest widowiskowa, to na może niezbyt stromym, ale jakoś dziwnie wypompowującym siły podjeździe taka jazda może przyprawić o stek bluzgów- których sobie w myśli nie żałowałem. Chłopak co chwilę wyrywał do przodu aby czekać gdzieś dalej na nas- widocznie podobało mu się nasze piknikowe tempo i podejście do wyścigu. Fotką uhonorowany został. Tak na ok. 55 km osiągam tempo "dzielnicowego"- siły gdzieś zostały w Puszczy Bukowej. Ciekawą inicjatywą wykazali się miejscowości Kołowa- wystawili nielegalny bufecik- notabene lepiej zaopatrzony niż dwa organizatorskie- na pytanie czy startują w najbliższych wyborach i właśnie kręcą kampanię wyborczą usłyszałem, że to taki odruch z głębi serca- ukłon w stronę zawodników. Od nas, zawodników, wielki szacun dla nich. Po drodze przeżywam małe deja vu z Gwiazdy Mazurskiej- biedaczysko powalone kilkoma turami i grawitacją leżał na poboczu- z początku myśleliśmy, że to punkt kontrolny, ale żadnej kartki przy nim nie znaleźliśmy, coby się do niej samodzielnie dopisać. Ja to gadu, gadu a tu jakoś do tej mety się doczłapiam- przepuszczam do przodu małolata Grzegorza- należy mu się, za to co wyczyniał na trasie. Piweczko, piweczko i jeszcze raz piweczko. To jest to co misie lubią najbardziej. Czekamy na wyniki i na losowanie w teletomboli- ponoć w czerwcu ktoś z Międzyrzecza wygrał, ale ja z kolegą wcześniej uciekłem do domu i przeszedł geszenk koło nosa. Więc może coś tym razem? Zwłaszcza że Garmin Edge do wygrania. Czekam, czekam nagle słyszę swoje nazwisko- nawet udało im się nie przeinaczyć- jest, jest wygrałem!!!! Wizytownik w ładnym etui z długopisem- no wiem, że to nie Garmin, ale wreszcie coś wygrałem. Naprawdę się ucieszyłem. Teraz jak hazardzista będę zostawał na wszystkich losowaniach- hehehe. Wracamy do domu- Garmin musi poczekać do przyszłego roku.
24.09.2007r. Kochany pamiętniku. Bez zakwasów przeglądam świeże wyniki na stronie orga. Nic nowego tyły grzejemy, tyły drogi Karelku. No ale patrzę na generalkę całego cyklu- na 6 możliwych startów wystartowałem w 3 na długich dystansach w M3 na 94 , którzy wystartowali w kategorii jestem 37- więc w pierwszej połowie. Ale zerkam na generalkę w OPEN- nie- no nie- jeszcze mnie z Maruderów wyrzucą. 147 na 672. No jak ja ma to sobie wytłumaczyć?- gdzie ja tak goniłem do cholery?. Chyba napinka też została w Puszczy Bukowej. Oj chyba dzisiaj się napiję. P.S. Do wszystkich potomnych- serdecznie polecam wyścigi w cyklu Gryfa Pomorskiego w szczecińskich edycjach- wrażenia nie zapomniane - jak na innych lokalizacjach jest to nie wiem, bo nie bywałem. Ale Szczecin polecam |