|
O tym jak niewiele trzeba aby zimą się odwodnić, jak zrobic 115 km przy minus 7 stopniach Celsjusza i jak znajome drogi w nocy wcale znajomo nie wyglądają.
Z pamiętnika Karela. 15.12.2007r. Drogi pamiętniku- to co udało mi się poczynić, tego sam nie ogarniam. Byłem chyba w stanie pomroczności jasnej, skoro w tym czymś wziąłem udział i ukończyłem.Godz. 14:55- Kaspro dzwoni, że marznie pod domem i żebym zagęszczał ruchy. Już zmarzł? A przed nami cała noc dygania rowerem po lasach z kompasem i mapą. O rany- na co ja się piszę? Nocna Masakra? W "telejajku" pewie jakis fajny film zapodają, do pubu można wyskoczyć na "bronka", ale żeby rowerem? Po 3- miesięcznym rowerowym poście. Na to chyba nawet Sudokrem nie pomoże. Startuję tylko dlatego, że blisko bo w Międzyrzeczu no i że ziomal Kaspro startuje. Ubrany na cebulę- 4 warstwy spodni, 4 warstwy koszulek, bluz i kurtek, 2 pary skarpetek, reklamówki z TESCO na nogach, buty i ochraniacze, na kasku czołówka. W domu idzie się przy tym zgrzać. W plecaku termos z herbatką, 15 baterii AAA w zapasie, batoniki no i kasa na taksówkę w razie "W" ;-) W drodze do biura zawodów "zaliczamy" sesję zdjęciową pozorowaną dla miejscowego pismaka- ściema niezła bo na zdjęciach jasno a wyścig odbywa sie po zmroku. Ale naród wszystko łyknie- ponoć ;-) Na miejscu startu ludziska szykują się do startu- niektórzy na kierownicach mają po 7 lampek- rowery wygladają jakby miały napęd fotonowy- coś a'la "Star Treck".Rozdają nam mapy- szybki rzut oka- zdaje się wszystko być łatwizną- na codzień- ale latem- objeżdżam te tereny- więc nawet kompas, który mam, ale którym posługiwać się potrafię tylko na zasadzie wyznaczenia północy i to tylko magnetycznej, nie będzie używany. Godz. 16:40- pooooooszliiiii.Przez miasto kierujemy się z Kaspro do najbliższego punktu kontrolnego w okolicach Kęszycy Leśnej- to stara baza radziecka przerobiona na wioskę. Szybko go odnajdujemy- jakie to proste. Adrenalinka skacze- mile jestesmy podłechtani. Patrzymy na mapę- sprawa prosta- następny najbliższy PK jest na bunkrach- jakieś 10-11 km dalej.Dotychczas eksplorowane przeze mnie tereny znane mi są na pamięć- ale za dnia- w nocy trzeba się nieźle rozglądać, ale diodówka o mocy 1W na kasku za 45 złociszy nieźle wymiata. Dojeżdżamy do bnkrów, gdzie w/g mapy powinien byc PK. I co? I .... wiadro.... Nic nie ma. Zero, nul. Na wszelki wypadek penetrujemy drugi, leżący nieopodal na środku pola w krzakach bunkier, ale też nic. Na domiar złego po polu trzeba dygać z kapcia- rowerem bez szans- moje nowe ochraniacze na buty niszczą się drastycznie, ale butów się trzymają. Nic- jeszcze wilków tylko brakuje. Ciepła herbatka z cytrynką i miodem jest w sam raz na poprawienie humoru. Przez drzewa widac kilka lampek- zaczepiamy chłopaków- wracaja z poszukiwanego przez nas PK- okazuje się że jest ok. 900 metrów bardziej na zachód- ale nijak się to ma do mapy. Nieważne- perforacja karty i jedziemy w kierunku Łagowa. W mijanych wsiach nawet psy nas nie atakują widząc ilość światła emitowaną przez lampki. Bruk w nocy- to jest dobre, kiedy zasypiasz za kierownicą- no i pomaga na cellulit- wyjdzie nam to na zdrowie. Przy wjeździe do Łagowa spotykamy grupkę zawodników z trasy pieszej- okazuje się, że są z XIV Oławskiej Drużyny Wędrowników, pamiątkowa fotka, kilka wskazówek dla nich przy szukaniu ich PK ( innych niż dla trasy rowerowej). W centrum Łagowa widzimy błąkającego się zawodnika - okazuje się nim być Witek z Łodzi. Bierzemy go na pokład i razem szukamy kolejnego- naszego już 3- punktu kontrolnego.Łażąc po krzaczorach nad brzegiem jeziora odnajdujemy go na wzniesieniu 30 metrów wyżej w pionie. Słyszę jakiś hałas obok mnie- eee to nic- myślałem że to wilki, a to tylko sarny w odległości ok. 10 metrów ode mnie. Wracamy do Łagowa i w miłej knajpce robimy sobie bufecik. Gorący, pyszny żurek, herbatka. W knajpce coraz gęściej- coraz więcej ludzi z trasy próbuje sie ogrzać. Po około 30 minutowej przerwie ruszamy. Kolejny PK usytuwany jest około 15 km dalej w lesie, w starej bazie oradzieckiej z silosami, gdzie w/g miejscowej legendy składowane były rakiety z głowicami nuklearnymi. Jak dotąd spotykani przez nas zawodnicy byli mili, sympatyczni, skorzy do współpracy. A jednak- napotykamy dwóch zawodników, jadących od strony poszukiwanego przez nas PK- na nasze pytanie, czy łatwo znaleźć, gdzie szukać usłyszeliśmy jedynie "WYTRWAŁOŚCI!!" Helllloooo- dzienks. To chyba z katergorii wycinaków zaodnicy byli- a niech im ziemia lekka będzie, chytrusy jedne. W lesie zaczyna się robić tłoczno- nagle nasza grupa zaczyna liczyć 8 osób. Jest- znajdujemy PK. Po krótkiej dyskusji do Witka z Łodzi, Kaspra i mnie dołączają Wojtek z Jastrzębia Zdrój i Bartek z Wrocławia- słysząc, że jesteśmy miejscowi wychodzą z założenia że będzie łatwiej. Jedziemy w kierunku Bledzewa, gdzie PK ma znajdowac się przy poniemieckiej elektrowni wodnej. Po drodze mijamy fermę trzody chlewnej, przy której stoi postument tucznika- fotka obowiązkowa. Na rynku w Bledzewie robimy sobie bufet- wchodzimy w rozmowę z podpitymi lokalesami- kolejne fotki. Jedziemy na elektrownię najkrótszą drogą- okazuje się, że PK jest, ale po drugiej stronie zapory, a teren elektrowni ogrodzony i strzeżony przez firmę ochraniarską. Jechac naokoło- to ponad 7 km- na skróty około 800 metrów. Głosowanie- jednogłośnie zapada decyzja- jedziemy na skróty. Rowery przez płot i jazda na zaporę- ktoś widzi światła samochodu- panika- to pewnie ochrona- dojeżdżamy do ogrodzenia po drugej stronie zapory i znowu rowery przez płot. Jak się potem okazuje 20 metrów dalej jest dziura w siatce i z rowerami dałoby się wręcz przejechać. Szukamy PK. Ma to być dąb- a tam sporo tych dębów- kwadrans szukania- ktos znalazł- ale chyba tylko dlatego, że poszedł się wysikać przy tym drzewie, bo oznaczenie PK było niewidoczne od strony drogi. Jak Jeźdzy Apokalipsy atakujemy ponownie zaporę i ogrodzenie- bez problemów- 14 km zaoszczędzone- to jakaś godzinka. Zmęczenie daje już znać o sobie- więcej jadę na stojaka niż na siodełku- tyłek odparzony z deka. Zaczynają się problemy nawigacyjne- ale nie spowodowane zmęczeniem tylko zmianami w topografii terenu. Prace leśne pod przyszłą drogę ekspresową S-3 wprowadziły zmiany w przebiegu duktów leśnych. Szukaniu PK towarzyszą przekleństwa roznoszące się po lesie- nawet telefon do organizatora o godz. 3:30 nie pomagają. Zrezygnowani postanawiamy wracać do Międzyrzecza- w lesie widzimy światła- z napotkanymi 2 zawodnikami, psim swędem znajdujemy PK- naszej grupy to już 6 z 15. Zarządzamy odwrót- tylko Wojtek- ten z Jastrzebia- razem w dwoma napotkanymi zawodnikami jada szukac kolejnego PK. Ja czuję się znorany- zimno mi nie jest, ale pić się chce, czuję początki odwodnienia- w termosach mamy juz pusto, bidony i rurki od camelbagów zamarzły, ale znajdujemy sposób- pijemy przez wlewy do camelbagów a nie przez ustniki- zimne jak cholera, latem to rozumiem, ale przy -7 stopniach Cesjusza i temperaturze płynu ok O ( bo się ścinał) to z deka przesada. 16 km do Międzyrzecza jedziemy asfaltem- międzynarodówką E-65, ale kierowcy TIR-ów omijają nas wielkim łukiem- ładnie oświetleni jesteśmy- nie sposób nas nie zauważyć- jak konwój Coca- Coli ;-) W Międzyrzeczu Bartek zalicza zgona- nie ma siły pedałować- pomagam mu pchając go- przy wjeździe do miasta dwóch zawodników wyziębionych zawiniętych w folię NRC- wychłodzeni- przyjeżdża po nich Organizator samochodem. Zatrzymujemy się przy stacji Orlen, gdzie Bartek kupuje dwa ostatnie hot-dogi- tego u było trzeba, bo zaraz wraca mu humor. Jeszcze po puszeczce piwka i na metę- czas 12h22. Ukończyliśmy bez kontuzji i usterki. Brawo. Spijamy tryumfalnie wspomniane browarki- pycha. 16.10.2007r. godz. 10:30 Ogłoszenie wyników Z czasem 12h22 i zaliczonymi 6 PK razem z Kasprem, Witkiem i Bartkiem zajmujemy ex equo 16 miejsce na 32 startujących. Jak na pierwszy raz nieźle. Tylko pytanie, czy będzie następny raz? Wrażenia niezapomniane, promocja Maruderów zapewniona ;-), nawet orientacji z kompasem się nauczyłem, ludzie świetni. Pożyjemy zobaczymy. |